Lawendowa podróż

Lawendowa podróż

W 2002 roku Ewa Nowak odbyła wakacyjną podróż po południowo-zachodniej Europie. Podczas tej podróży w głowie pisarki zrodził się pomysł napisania powieści, w której główni bohaterowie dwóch pierwszych książek serii „miętowej” postanawiają wyruszyć w podróż po kempingach w Europie.

W ten sposób powstała Lawenda w chodakach. I choć ta powieść drogi nie jest bynajmniej przewodnikiem po zabytkach, zbiorem opisów egzotycznej przyrody tudzież pełnym wskazówek turystycznych notatnikiem z podróży, to wierzymy, że wielbiciele Lawendy… z przyjemnością wyruszą w wirtualną podróż szlakiem swoich ulubionych bohaterów.

Oto TRASA TEJ PODRÓŻY.

Zdjęcia komentujemy krótkimi fragmentami powieści. Mamy nadzieję, że i bez tego uważny Czytelnik z łatwością odnajdzie wszystkie opisane w książce miejsca.

Monachium

Stolica Bawarii to – nie licząc noclegu na kempingu pod Dreznem – pierwszy etap wycieczki, zaś dla Bawarczyka to nie tylko stolica tego pięknego regionu Niemiec, a niemal stolica całego świata. 

Kolejna burza przeszła nad Monachium nad ranem. Połamała drzewa i niemal przed każdym namiotem zostawiła pamiątkę w postaci wielkiej kałuży. Susząc i porządkując rzeczy, zjedli późne śniadanie złożone z mikroskopijnych jajek (które kupili w sklepie przy recepcji), pomidorów i pszennych bułek popijanych mlekiem z kartonu. Potem poszli do pobliskiego zoo, kupili pokarm dla kóz i nakarmili i tak najedzone już zwierzaki. Szli według schematu na reklamówce, szukając, bez powodzenia, ar arraun.

Z Monachium do Francji nasi bohaterowie pojechali przez Konstancję, planując zwiedzanie słynnych ogrodów na pobliskiej wyspie Mainau. Niestety, już podczas przeprawy promowej przez Jezioro Bodeńskie zorientowali się, że pogoda pokrzyżuje ich plany.

W Konstancji padał rzęsisty deszcz, więc nawet nie wysiedli z samochodu, żeby zwiedzić miasto. Przekroczyli granicę szwajcarską. W Zurychu zrobili przerwę na spacer i posiłek, by jeszcze tego samego dnia zatrzymać się na nocleg już na terenie Francji. Następnego dnia rano wjechali na autostradę prowadzącą prosto do Awinionu.

Podczas obiadu w okolicach Lyonu Ewa robi pierwsze notatki do powieści, która nie ma jeszcze tytułu.

Prowansja

Jak sugeruje sam tytuł książki, ten słynny z wina, lawendy, średniowiecznych miasteczek i powieści Petera Mayle’a region Francji to jeden z głównych turystycznych celów „lawendowej” wycieczki.

Na kempingu w Gordes nie było ani jednego wolnego miejsca. Recepcjonistka wskazała na mapie odległą o jakieś siedem kilometrów miejscowość Murs. Na szczęście stres rekompensowały im cudowne, pastelowe widoki. Pagórki porośnięte niskopienną roślinnością i łąki — z nieznanych powodów w dziwnych miejscach poprzecinane niskimi kamiennymi murkami.
Wiał lekki wietrzyk, a ogromne sosny wprost zachęcały, by schronić się przed skwarem w ich cieniu. Tylko ten dźwięk dochodzący ze wszystkich stron świata. Miało się wrażenie, że nawet spod ziemi dochodziło ogłuszające ni to klekotanie sfrustrowanych bocianów, ni to cykanie pędzącego gdzieś zegara.
— Co to jest u diabła? Linia telefoniczna czy co? — Kuba rozglądał się, ale nigdzie nie zauważał śladu telekomunikacyjnych szlaków.
— To chyba jakieś ptaki — zgadywał Wiktor.
— Nie, to niemożliwe. Żadne zwierzę świata nie może tak hałasować. To jakaś fabryka zamaskowana lasem.
— To cykady. Małe brązowe owady — spokojnie wyjaśniła Damroka.

W Prowansji nasi bohaterowie spędzili prawie tydzień, bo też było tam co oglądać!

Następnego dnia odwiedzili ponad dziesięć maleńkich wiosek. Kiedy przed samym zachodem słońca wrócili do Murs, położyli się wprost na trawie przed namiotem i doszli jednomyślnie do wniosku, że życie turysty to naprawdę ciężka praca.
[…]
Zaparkowali na płatnym parkingu u podnóża pagórka. Przespacerowali się po wypalonych słońcem kamiennych labiryntach ulic — z domami pomalowanymi na wszystkie możliwe kolory żółci, czerwieni i pomarańczy. Wszędzie zaskakiwał ich widok samochodów należących do miejscowych. Samochody te stały zaparkowane w takich miejscach, do których naprawdę nie było żadnego dojazdu. Zaśmiewali się, pokazując sobie coraz to inne pojazdy, które nie powinny się zmieścić, a jednak się zmieściły. Potem poszli zwiedzać złoża ochry.

Belgowie namówili ich, żeby zwiedzili Roussillon, gdzie zobaczą nie tylko miasteczko o nieprawdopodobnych kolorach, ale też genialny park krajobrazowy z przedziwnymi złożami ochry.
[…]
Dwie godziny snuli się po labiryncie czerwono-pomarańczowych skał, robiąc sobie zdjęcia we wszelkich możliwych miejscach i pozach.

Tego dnia mieli jechać do Awinionu. Chcieli zobaczyć mury średniowiecznego miasta i obejrzeć pałac papieży; nie mówiąc już o sławnym moście. […]
Kiedy dojechali, okazało się, że nie tylko oni zaplanowali na ten dzień wycieczkę do Awinionu. Na parkingu przed murami miasta nie było ani jednego wolnego miejsca. Krążyli w tę i z powrotem razem z innymi nieszczęśnikami, aż w końcu maleńką ciasną uliczką wjechali do centrum.

W Awinionie zaczął się właśnie festiwal teatralny i ulice były zapchane najrozmaitszymi, dziwacznie ubranymi osobami, które albo wściekle coś wykrzykiwały, albo wręcz przeciwnie — w całkowitym milczeniu, z kamiennym wyrazem twarzy przybierały pozy, które miały publiczności dać wiele do myślenia. Wystarczyło przejść kilkaset kroków, aby mieć ręce pełne najdziwniejszych ulotek i folderów zapraszających na występy teatrów o nazwach nie do wymówienia. Mury miejskie były szczelnie oklejone wielkimi plakatami. Po półgodzinie człowiek przestawał słyszeć własne myśli. Damroka z zachwytem patrzyła na kolorowy tłum.
Na ulicach było tak ciasno, że musieli uważać, by się nie zgubić. Nieoczekiwanie zostali zepchnięci przed witrynę sklepu z kamizelkami. Setki egzemplarzy wisiały na identycznych wieszakach. Kompletny przegląd stylów, mód i cen. Magda z Damroką porzuciły chłopców i zaczęły buszować między wieszakami. Nie było ich dobry kwadrans. Znudzeni chłopcy w milczeniu gapili się na przechodniów.

W końcu tuż przed zachodem słońca zatrzymali się na maleńkim leśnym parkingu koło wielkiego pola lawendy.
Lawenda równymi rządkami rosła sobie, nie przejmując się tym, jak niesamowicie pięknie wygląda i jak bosko pachnie. Pszczoły, tłuste i zadowolone z życia, nieustannie wczepiały się w jej małe niepozorne kwiatuszki, a ich bzyczenie powodowało, że powietrze stawało się jakby gęściejsze, niż było w rzeczywistości.

Costa Brava

Następny etap wycieczki to słynne Lazurowe Wybrzeże. Jednak, ku zaskoczeniu wszystkich, w Saint-Tropez było zimno i padał deszcz, więc nie było sensu tracić czasu. Po noclegu i krótkiej dyskusji, w którą stronę wybrzeża jechać (do Włoch czy do Hiszpanii), nasi bohaterowie skierowali się do Palamos – nadmorskiego katalońskiego miasta na Costa Brava.

Kemping Palamos jest miejscem magicznym. Jednym z tych, których się nigdy nie zapomina. Chroniony przez sosny, z wydzielonymi stanowiskami — każde na innym poziomie. Czasem poziomy różnią się o pół metra, czasem o dziesięć centymetrów, ale między każdymi dwoma stanowiskami jest wyraźny próg. Z dotychczasowych kempingów ten był zdecydowanie najbardziej ekskluzywny. Oprócz głównego wejścia miał jeszcze drugie, prowadzące wprost do maleńkiej, malowniczej zatoczki, pełnej ostrych kamieni i głazów sterczących z wody. Widok był właśnie taki, po jaki tu przyjechali. Lazurowa woda łącząca się z niebem, dotykające morza rośliny i srebrny blask słońca to tu, to tam odbijający się w wodzie. A wszystko otoczone gęstym wiankiem zieleni, szczególnie kwitnących na wielkich łodygach agaw. Nic dziwnego, że zanim rozstawili namiot, dobrą godzinę gapili się na wielką wodę poruszaną ręką olbrzyma.

Stanęły obok siebie i z tarasu widokowego, z małej asfaltowej zatoczki patrzyły na Morze Śródziemne. Jakaś niewidzialna łapa cały czas poruszała lekko wodę, bo co chwila morze przechylało się to w jedną, to w drugą stronę. Za plecami cicho szumiały i skrzypiały stare drzewa, pewnie też zachwycone tym granatowo-wietrznym cudem.
Powłóczyli się po pobliskim bazarze, trochę popływali, a potem usiedli na kamiennym murku.
Powłóczyli się po pobliskim bazarze, trochę popływali, a potem usiedli na kamiennym murku.

Costa Brava

Następny etap wycieczki to słynne Lazurowe Wybrzeże. Jednak, ku zaskoczeniu wszystkich, w Saint-Tropez było zimno i padał deszcz, więc nie było sensu tracić czasu. Po noclegu i krótkiej dyskusji, w którą stronę wybrzeża jechać (do Włoch czy do Hiszpanii), nasi bohaterowie skierowali się do Palamos – nadmorskiego katalońskiego miasta na Costa Brava.

Carcans-Plage to mała miejscowość nad Oceanem Atlantyckim. Tym łatwiej było znaleźć położony w sosnowym lesie, już na obrzeżach miasteczka, wielki kemping. Dla niepoznaki, że niby przypadkiem się tu znaleźli, rozbili się w innej części kempingu. Wbili się w kostiumy i poszli poznać się z oceanem.

Jacek Lambertz miał rację — ocean ma w sobie magię. W Carcans plaża jest bardzo szeroka, ma ponad sto metrów. Potem drugie tyle jest mokrego piasku. Dalej zaczyna się woda i znów ciągnie się kolejnych sto metrów, sięgając zaledwie po kostki. Jeszcze dalej są prawdziwi deskowicze i skakacze.

Dolina Loary

Nawet przy tak intensywnie zaplanowanej marszrucie w programie wycieczki nie mogło zabraknąć zamków nad Loarą z najsłynniejszym z nich – Chenonceau. To właśnie tam toczy się akcja powieści Zbigniewa Nienackiego pt. Pan Samochodzik i Fantomas.

Kawałek dalej, w niskim budynku, jest recepcja kempingu. Potem, za zamykaną szlabanem bramą, sam kemping.

W Amboise koło mostu, nad samym brzegiem Loary, siedzi wielki, zrobiony ze stopu metali Leonardo da Vinci. Artysta spędził tu kilka lat i doczekał się zarówno muzeum, jak i tego pomnika. Leonardo siedzi, a raczej półleży na cementowym cokole, podpierając się jedną ręką, żeby nie stracić równowagi. Na jego brzuchu jest idealne miejsce, by usiąść i zrobić sobie zdjęcie. Nic dziwnego, że brzuch jest lśniący i wypolerowany jak rosyjski samowar. Do muzeum nie każdy zajrzy, bo to i pod górkę, i bilety drogie. Za to tutaj fotografuje się każdy. A Leonardo cierpliwie to znosi.

Holandia

Ostatni (i najkrótszy) etap podróży. W Haarlemie Magda obejrzała obrazy swojego ukochanego Fransa Halsa i – po noclegu w małym niemieckim miasteczku tuż przy granicy z Holandią – nasi bohaterowie wrócili do Polsk

Sobota, wczesne popołudnie. Mieli dużo szczęścia, bo do muzeum Fransa Halsa trafili na godzinę przed zamknięciem. Kupili cztery zniżkowe bilety i czym prędzej rzucili się do chłodnych, klimatyzowanych sal.

 

Wracamy. Magda zapoznała nas z Halsem. Spotkaliśmy w Haarlemie kota. Nie reagował na polskie kici, kici.

Lawenda w chodakach to oczywiście beletrystyka. Lecz choć bohaterowie powieści i ich przygody są fikcją literacką, to wszystkie opisane miejsca są prawdziwe. Szanowny Czytelnik może zatem odnaleźć łazienkę na kempingu w Monachium, gdzie Damroka poznała Jacka Lambertza, sklep z kamizelkami w Awinionie, haarlemskie koty rezydujące tuż przy wejściu do Muzeum Fransa Halsa, a nawet zatokę w Palamos, gdzie chłopcy podglądali kąpiącą się Kingę…

Życzymy Wam, Drodzy Czytelnicy, byście kiedyś sami znaleźli chęci, czas i środki na wyruszenie w tę magiczną podróż szlakiem Magdy i Kuby, Damroki i Wiktora oraz Jacka, Izy i Kingi.